» Blog » Krótki wstęp do kreatywnych zabaw. Wiek 3-5
08-06-2012 16:13

Krótki wstęp do kreatywnych zabaw. Wiek 3-5

W działach: straszne historie, samo życie | Odsłony: 23

Nie pamiętam dokładnie, czy zaczęło się to od pierwszego patyka przytarganego ze ścieżki i ciśniętego do rzeki z jednej strony mostu, by obserwować jego tryumfalne pojawienie się po drugiej, czy od pomysłu na zniesienie tych najciekawszych szczątków roślinnych do domku i rozlokowania ich w strategicznych miejscach typu najwyższy i najgorzej oświetlony stopień schodów.

Wynajęty przez nas domek był typowym produktem machiny turystycznej z tarasem i grillem od strony południowej i sporym podjazdem, na którym można było zaparkować kilka samochodów. Następnego dnia po przyjeździe dziewczynki znalazły w garażu i wyciągnęły na trawnik duże kartonowe pudło z zabawkami i książeczkami. Książeczkami w języku czeskim, co było pretekstem dla wszystkich dorosłych do kilkugodzinnej zabawy w czytanie na głos; dziewczynki znudziły się tą zabawą znacznie szybciej niż my.

Trochę pograliśmy w badmintona (lotka pewnie do tej pory tkwi w rynnie), zagraliśmy w Inwazję, zjedliśmy połowę zapasów.
- Ja chce iść zobaczyć krówki – powiedziała w końcu jedna dziewczynka.
- A ja koniki – powiedziała druga.

Więc poszliśmy.

Kto kiedykolwiek wybrał się na spacer z kilkuletnim dzieckiem, ten wie, że zagrywki typu: bolą nóżki, weź mnie na ręce oraz nie chcę już nieść swojego misia, ten patyk jest taki ciężki są nieuniknione, jak mówił mój dziadek, niczym pchły na kundlu po nocnej wycieczce na wieś.

Jednak ta akurat grupa dorosłych była nieskora do noszenia kogokolwiek, nawet dwóch szczupłych kilkulatek. Ciepły wiatr pozostawiał warstewkę potu na skórze, do której natychmiast przyczepiały się drobniutki puszek opadający z kwitnących topoli, jaskrawe wiosenne słońce raziło oczy; gdy przymykałam oczy widziany przed chwilą obraz wciąż był obecny, jakby utrwalony na wewnętrznej stronie powiek, tylko ziarnisty i przejaskrawiony, niczym stary film.

Doszliśmy aż do granicy pól, przez chwilę staliśmy na miedzy leniwie rozważając, czy mamy siły na wędrówkę przez las i dalsze wdrapywanie się na szczyt zwany Staruchem, czy wracamy dopiero co przebytą dróżką, by w końcu stwierdzić, że przecież każdy może zrobić to, na co ma ochotę. Może gdybym wybrała się z tą bardziej aktywną ekipą (dzień bez zdobycia szczytu dniem straconym) umknęłoby mi celowe działanie naszej córeczki w zakresie gromadzenia patyków. Bo patyków było sporo, zwłaszcza nad rzeką i koło kładki, nieśmiało aspirującej do rangi mostu.

Nie wierzę w instynkt macierzyński, trzecie oko, czy coś takiego, przynajmniej ja się na czymś takim nie złapałam. Staram się jedynie trzymać córkę blisko siebie i gdy zobaczyłam jej minę, skupioną i jednocześnie pełną pasji, zapaliła się we mnie lampka ostrzegawcza.

Patyki. Patysie. Kawałek gałęzi, który można wziąć do ręku, pluskać w powierzchnię wody, złamać, rzucić. Wyłowić na bagnistym brzegu rzeczki.
Wszystkie teksty typu trzymaj ją mocno i tylko nie wpadnijcie do strumienia, oraz: czy jeszcze wam się nie znudziło to wrzucanie patoli do wody? Były tylko zmyłką, nawet sama dla siebie nie brzmiałam dostatecznie przekonująco by odwieść najbardziej aktywnych od ryzykownego balansowania na brzegu strumienia. W dodatku sam strumień był tylko płytką, błotnistą z jednej strony strużką i jeśli wykazywał jakiś charakter, to najwyżej podczas roztopów, a ta pora już minęła.

Znacznie bardziej niepokoił mnie stosik patyków, które zostały troskliwie obejrzane i odłożone na później w celu, jak słusznie się obawiałam, zaniesienia ich do domu, w którą to czynność zostali zaangażowani wszyscy dostępni wujkowie. Po hałaśliwej zabawie w misie patysie, po segregacji patyków i próbie odłamania kilku nowych, które jednak nie spełniły wymagań (może były zbyt mokre, a może… zbyt żywe), w końcu ruszyliśmy w drogę powrotną

Kawałki suchych patyków nie są bezpieczne. Mogą się zapalić. Można się o nie potknąć i spaść ze schodów. Mogą leżeć pod ścianą domu, wyglądając jak banda srebrzysto-czarnych najeźdźców na kawałku betonu między ścianą a soczystą trawą. Nawet gdy ich nie widziałam, czułam ich pełną zadowolenia, łykowatą obecność, miałam wrażenie, że czuły się tu bardzo na miejscu – wrzucaliśmy je do węgli na grillu, próbowaliśmy odbijać nimi lotki, najmniejsze miały nam nawet służyć jako wykałaczki i patyki do szaszłyków.

Po kolejnej wyprawie do lasu i nad rzeczkę patyki już były wszędzie: pod łóżkiem i w łazience. Gdy obudziłam się w środku nocy, sama w łóżku, wydawało mi się, że słyszę ich chrobotliwy szept. Jakby rozmawiały w swoim patykowym języku, szumiały i chrobotały pod ścianami domu. Gdy sprawdziłam na łóżku obok, córeczka spała mocno, z kokonu kołdry wystawały z jednej strony niezbyt czyste nóżki, z drugiej snop bardzo jasnych w świetle księżyca włosów. Szuru buru, skrzyp, skrzyp, coś zaszurało za ścianą i od razu przyszły mi na myśl skrzypiące korzenie drzewców.

Przez otwarte drzwi balkonu widziałam ciemny kąt, w którym, jak pamiętałam stał fotel. Kilka centymetrów nad podłogą jarzył się czerwony punkcik. Od razu odrzuciłam teorie jednookich demonów i wyszeptałam imię mojego mężczyzny, który o tej porze powinien spać obok mnie.
Odszeptał, że już wraca, co też zrobił. Ognik zgasł w popielniczce postawionej obok krzesła a MM przytulając się do mnie zapytał, czy słyszę te dziwne chroboty i hałasy.

Owszem, odpowiedziałam. To kuna, poinformował mnie szeptem, chyba spadła na stos patyków, gdy chciała się dobrać do resztek kolacji, pozostawionych na parapecie. Myślałem, że jesteś bardziej obyta z wiejskimi odgłosami, droczył się ze mną, może obejrzałaś zbyt wiele kiepskich horrorów. To nie kun się boję, odszeptałam bezskutecznie szukając porządnego wytłumaczenia. Czasem przychodzi taka chwila, gdy nawet coś nieprzyjemnego przydałoby się jako uzasadnienie jakiegoś wydarzenia. Jednak nic nie przychodziło mi na myśl.

Rano znaleźliśmy kawałki futerka wśród porozrzucanych patyków, co sugerowało przynajmniej dwa zwierzaki a po południu garść piór, ale nic więcej. A przed kolejną nocą, podczas której moglibyśmy nasłuchiwać patolowych szeptów wyjechaliśmy do Poznania, zapominając, jak się okazało o misiu naszej córeczki. Właściciel domku zapewnił, że miś zostanie bezpiecznie przechowany, oraz, że będziemy mogli po niego przyjechać, gdy tylko będziemy w okolicy. Więc wróciliśmy, chociaż nie mogliśmy dodzwonić się ponownie.

……

- A widzisz, to nie były kuny – powiedziałam miesiąc później, gdy staliśmy na skraju drogi patrząc na gąszcz lian i pnączy obrastających cały domek.
Cała dolina pokryta była korzeniami, jakby nagle mangrowce postanowiły błyskawicznie zawładnąć światem. Srebrno-czarne, bez śladu liści. Szeptały nieco głośniej, ocierały się i wiły, jakby próbowały ukryć kawałki materiału i fragmenty różnych rzeczy przed naszym wzrokiem (czyżbym widziała fragment naszego grilla?)

- Misie patysie! – krzyknęła radośnie nasza córka a jej oczy lśniły z zadowolenia – widzicie, jak urosły?

O nie, powiedziałam stanowczo, nie ma mowy, pamiętaj, że będziesz rysowniczką komiksów. I żeby zdążyć z rzuceniem oskarżenia jako pierwsza powiedziałam oskarżycielsko:

- To ty w niej zaszczepiasz nekrodruidyczne skłonności.
- Ja? A kto założył z nią hodowlę rybików w kiblu?
- A kto rozmnożył i wytresował armię pająków?
- Trzeba coś było zrobić z tymi rybikami, wyjadały kotu żarcie.
- A twoje pająki zagryzły listonosza.
- Ale udało się go wskrzesić.
- No przecież mówię, że to ty chcesz z niej zrobić nekromantkę.



Bycie rodzicem jest… w pewien sposób wymagające. Zaczynamy rozmawiać na tematy, których nigdy wcześniej nie znaliśmy i dyskutować o całkowicie obcych nam opcjach. Podejrzewamy, że to minie z czasem, gdy nasza córka dorośnie i uświadomi nam, że niektóre decyzje podejmuje ona sama bez względu na nas. Na razie zgodnie obstajemy przy rysowniczce komiksów. Nekromancja jest zbyt brudna, nie zamierzam udostępniać słoików na kompoty z formaliną a barwne rysunki na ścianach są mniej kompromitujące towarzysko niż na przykład krwiożercze nasturcje na balkonie.

Z drugiej strony, jak możemy jej odmówić kreatywnej zabawy?

Komentarze

Autor tego bloga samodzielnie moderuje komentarze i administracja serwisu nie ingeruje w ich treść.

~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Bardzo ciekawy tekst :) Spodobało mi się zwłaszcza porzekadło Twojego dziadka.
08-06-2012 16:23
lemon
   
Ocena:
+2
Kiedyś kupię książkę, na okładce której będzie Twoje nazwisko, Ewo.
08-06-2012 22:42
Kamulec
   
Ocena:
+2
@Imn
Jest to niemal możliwe już dziś.

@senmara
Masz wyjątkowo lekką klawiaturę.
08-06-2012 23:35
~Tom

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Co do tytułu to najpierw sądziłem, że chodzi o zabawy w 3, 5 wieku... naszej ery ;p A historia wciągająca - jak już się zacznie czytać, to nie można się od niej oderwać.
09-06-2012 11:37

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.